Monthly Archives Lipiec 2015

Rewolucja przemysłowa

W toku rozwoju genowego i kulturowego człowiek staje się więc nie tylko rzeczywistością biosomatyczną, ale i bioetyczną. Rewolucje przemysłowe skoncentrowane były głównie na rozbudowywaniu instrumentarium w celu zwielokrotnienia siły mięśni ludzkich. Nie uwzględniały natomiast potrzeb psychicznych osoby ludzkiej, jej pragnień i motywów działania, koniecznych dla zachowania zdrowia jednostki i społeczeństwa.

Popularyzacja

Wreszcie – tak widziana i traktowana medycyna – pozwoli na wychowanie nowego „człowieka medycyny” – lekarza i uczonego (a w każdym razie lekarza-praktyka z pasją badawczą), którego ethos tego zawodu zobowiąże do nieustannego posłannictwa etycznego i społecznego. Możemy bowiem powiedzieć, że „taką mamy medycynę, jakich mamy lekarzy”, ale też „takich mamy lekarzy, jakie jest faktycznie miejsce medycyny w społeczeństwie”.

Zdrowie i choroba nie są prostymi antynomiami

Hematolog prof. Julian Blicharski określa mianem zdrowia samosterujący proces utrzymywania równowagi między zjawiskami anabolizy i katabolizy w płaszczyźnie somatycznej, integracji i dezintegracji na płaszczyźnie psychicznej oraz na płaszczyźnie społecznej – między zjawiskami syntonii i dystonii, jak też równowagi między tymi trzema płaszczyznami w granicach przyjętych za normalne.

Socjosfera

W socjosferze znajdujemy sprzężone czynniki natury psychosferycznej w skali makro, ale także czynnik sprawnego funkcjonowania całego życia społecznego, gdyż tylko taka, stale doskonaląca się organizacja życia we wszystkich aspektach, wiedzie do zdrowia jednostki przez zdrowie całej społeczności, jak też odwrotnie, gdyż zachodzi tu sprzężenie.

Człowiek psychicznie zdrowy

Margaret Mead podaje np., że u Indian Nawajo „zdrowie” oznacza poprawne stosunki między człowiekiem i jego środowiskiem, uwzględniając też środowisko nadprzyrodzone. Zdrowie w ich kulturze kojarzy się z dobrem, błogosławieństwem i pięknem. Zauważmy, że nie jest to właściwie definicja różniąca się od definicji starożytnych na gruncie europejskim, a także od definicji współczesnych. Notabene warto też zauważyć, że w rozumieniu „zdrowia” i „choroby” Pismo Św. Nowego Testamentu sugeruje bezpośredni związek tych zjawisk z wartościami aksjologicznymi dobra i zła.

Organizmy chorobotwórcze

Niewątpliwie już w tych czasach istniały i „działały” organizmy chorobotwórcze. W odniesieniu do ludzi możemy założyć prawie z całą pewnością, że ogromne rozproszenie niewielkich grup ludzkich na wielkich przestrzeniach stwarzało pod względem epidemiologicznym i zachorowalności w ogóle sytuację jakościowo diametralnie inną niż współczesna. „Ewolucyjnie mądry pasożyt” – jak powiedział kiedyś Stanisław Lem – „oszczędza swego żywiciela”. To słuszne stwierdzenie możemy bez ryzyka błędu przenieść na wszelkie inne organizmy chorobotwórcze. A wynika to z logicznego wniosku: jeżeli ilość pokarmu jest nikła (tym „pokarmem” może być tylko samo „środowisko życia”, czyli cudzy organizm), organizm chorobo- twórczy czy pasożyt „ewolucyjnie wie”, mając to wkodowane genetycznie, że musi organizm żywiciela oszczędzać, aby jak najdłużej z niego korzystać, jeśli jego śmierć staje się zarazem kresem możliwości egzystencji organizmu chorobotwórczego. Jedynie człowiek – ten „pasożyt ewolucyjnie niedoświadczony” – niszczy biosferę tak, że „podcina gałąź, na której siedzi”.

Hydrosfera

Hydrosferą nazywamy zasoby wodne naszej planety, a więc morza i oceany, akweny i cieki lądowe oraz lądowe wody wgłębne (podziemne). To określenie hydrosfery jest o tyle umowne, że w całkowity zasób wodny należałoby jeszcze wliczyć wodę lodowców (lodowce i lądolody pokrywają aż 11% powierzchni Ziemi), atmosfery i wodę „uwięzioną” w żywych organizmach biosfery. Ogółem wody zajmują aż 75% powierzchni globu, w tym morza i oceany 71%. W tym całkowitym zasobie nikły, bo wynoszący zaledwie 3,5%, udział ma woda słodka, przy czym aż 69% tej wody z różnych względów nie jest wykorzystywanych przez człowieka, W istocie można by więc nazwać naszą planetę bardziej „wszechoceanem” niż „ziemią”.

Zachwianie systemów wartości

Przecież to my jesteśmy twórcami nadmiernie rozwijających się cywilizacji technicznych i również my odpowiedzialni jesteśmy za zbyt wolny proces ewolucji psyche (duchowej). Posiedliśmy wprawdzie coraz doskonalsze protezy rąk o atomowej sile, protezy oczu i uszu, wszystko wszędzie widzących i słyszących, a jednak nie potrafimy ułożyć obustronnego współżycia z ludźmi tak, by nie dodawać sobie wzajemnie cierpień do cierpień egzystencjalnych i nie powodować przedwczesnych zgonów. Zadufani w sobie nazwaliśmy się homo sapiens, nie zdając sobie sprawy z tego, że jesteśmy jeszcze in statu nascendi (tzn. w trakcie stawania się) – że może dopiero w przyszłości staniemy się „rozumnymi”. Przedtem wszakże powinniśmy przekroczyć fazę, w jakiej tkwimy, fazę człowieka okrutnego – homo crudus et cruentus.

Rys ewolucyjnej historii chorób

Nim zaproponujemy współczesną definicję zdrowia i choroby, chcielibyśmy prześledzić z Czytelnikiem – oczywiście ogromnie skrótowo – narastanie problemu chorób w historii człowieka. Na ten zaś użytek wystarczy takie pojmowanie choroby, jak zwykło się pojmować potocznie, a które nawet – do niedawna – właściwe było samej medycynie.

Wyjątkowość człowieka

Gdy jednak zmienimy wzorzec rozumowania i założymy, że „całość jest czymś więcej niż wyłącznie sumą części”, że „las to nie tylko suma drzew, lecz biologicznie inna jakość”, oraz że „człowiek jest czymś więcej niż tylko sumą narządów”, zbliżymy się do problemu, który pragniemy rozświetlić. Świadomi bowiem jesteśmy, że stanowimy śmiertelne ogniwa nieśmiertelnego teoretycznie łańcucha rodów ludzkich i że każdy z nas jest wartością niepowtarzalną.

Rys ewolucyjnej historii chorób – ciąg dalszy

Egzystujący obok nas i w nas, często niedostrzegalny gołym okiem, świat organizmów chorobotwórczych, właściwy jest wszelkim formom życia: chorują bowiem ludzie, zwierzęta i rośliny, a nawet – w pewnym sensie – bakterie. Jedynie wirusy – owe zadziwiające i niekiedy śmiertelnie niebezpieczne twory natury – zdają się być wolne od zjawiska „choroby”. Nawet różnego rodzaju pasożyty mają z kolei albo pasożytujących na nich wrogów, albo wrogów chorobotwórczych w świecie bakterii i wirusów. Mamy więc do czynienia z powszechnie istniejącym kręgiem wzajemnych zależności chorobotwórczych w naturalnym świecie przyrody, który istniał w takiej właśnie postaci, zanim jeszcze pojawił się człowiek.

Problem zdrowia

Zapewne jest wiele jeszcze innych, nie poznanych lub mało poznanych naturalnych czynników zagrożenia zdrowia i życia ludzi. Spośród nich najbardziej uzasadnione wydają się te, które stanowią przedmiot zainteresowania tzw. różdżkarstwa, czyli dziedziny praktyki (ale już i teorii), która zajmuje się badaniami wpływu na człowieka pól elektrostatycznych, towarzyszących różnego rodzaju przemieszczaniu się mas wodnych – wgłębnych i powierzchniowych, a nawet tylko ich obecności. Wszyscy znamy z potocznego słownictwa określenie „żyła wodna”, „miejsce napromieniowane” itp. Co prawda medycyna współczesna „ustawia się” bokiem i bardzo sceptycznie wobec konstatacji różdżkarstwa, uważamy jednak, że tych innowacyjnych prób badawczych nie wolno lekceważyć, tym bardziej że – poza medycyną – nauki dostarczają argumentów na rzecz słuszności podejrzeń, sugestii czy wskazań różdżkarstwa co do zagrożeń ludzkiego zdrowia. W świetle np. fascynujących prac prof. Włodzimierza Sedlaka wpływ pól elektrostatycznych na zdrowie uznać trzeba za w najwyższym stopniu prawdopodobny. Mówią też o tym prace T. Podbielskiego i Bronisława Grabca („O niektórych problemach pola elektromagnetycznego”. „Kosmos”, 1977, z. 2, s. 173).