Monthly Archives Sierpień 2015

Potrzeba filozofii

Do trwałych, choć historycznie zmiennych w kształcie, wartości niewątpliwie zaliczyć możemy ideały wyrażone w pojęciach Prawdy, Dobra i Piękna, a ujętych w klasyczną triadę przez Platona. I zauważmy, że triada ta, wraz z opartą na niej filozofią humanistyczną, oraz droga do niej narodziły się ‘w umysłach ludzi żyjących pośród przyrody nie skażonej, nad krystalicznymi wodami Morza Egejskiego, w czystym powietrzu, u ludzi spożywających nieskażone owoce obficie rodzącej gleby. Nieprzypadkowo także ze środowiska starożytnej Grecji VII i VI w. p.n.e. wywodzi się filozofia ekologizmu. Dziś jeszcze znajduje się ona w fazie jakby utopii, ale to właśnie tamtejsze środowisko stworzyło perspektywę narodzin kulturze opartej na uniwersalnym rozumie. Uważamy zatem, że owa triada może być przyswajana i przetwarzana tylko przez mózgi zdrowe, to znaczy takie, które nie są skażone czynnikami ekologicznymi. Chory mózg rodzi bowiem chore myśli, słowa i czyny wiodące do antynomii: fałsz – brzydota – zło.

Zdrowie i choroba – dalszy opis

Próby określenia pojęcia „zdrowia” podjęto w krakowskim środowisku naukowym już dość dawno, bo w 1962 r., traktując te poszukiwania jako docelowe działanie ludzi niezależnie od uprawianego przez nich zawodu. Wówczas to w b. III Klinice Chorób Wewnętrznych AM odbyła się konferencja poświęcona temu zagadnieniu. Wzięli w niej udział nieżyjący już, nie- stety, znakomici uczeni UJ, jak profesorowie Zenon Klemensiewicz, Stefan Szuman, Maksymilian Siemieński, Roman Ingarden, Konstanty Grzybowski, Jan Miodoński i Antoni Kępiński.

Kryzysy i rewolucje w interpretacji ekologizmu

Dzisiejszą sytuację charakteryzuje zjawisko na pozór paradoksalne. Wraz z postępem techniki i wzrostem stopy życiowej, stwierdza się co prawda niewątpliwy spadek liczby zachorowań wywoływanych drobnoustrojami, lecz także nieoczekiwany, zaskakujący wzrost chorób psychosomatycznych i nowotworowych.

Zagrożenia chemiczne cz. II

Do biogeochemicznego obiegu w przyrodzie wprowadzane są takie substancje, które albo w ogóle nie ulegają rozkładowi, albo przemieniają się w jeszcze bardziej toksyczne. Wśród nich coraz powszechniejsze są metale śmierci, do jakich musimy z całą pewnością zaliczyć rtęć, ołów, beryl, kadm i pewnie wiele jeszcze innych. Metale te, w rozmaitych związkach chemicznych i postaciach fizycznych przenikają do pożywienia i do organizmów, czyniąc w nich doraźne lub długofalowe spustoszenia, porażając bariery odpornościowe organizmów, sprzyjając występowaniu chorób nowotworowych, metabolicznych i innych ogólnie zwanych cywilizacyjnymi.

Konkurencja międzygatunkowa

Gdy jednak w toku tej selekcji w którymś z organizmów pojawiała się nabyta cecha przystosowawcza, utrwalała się w genetycznym zapisie DNA. To zaś z kolei umożliwiało przekazanie tej cechy lub zespołu cech organizmom potomnym. Taką zmianę, służącą adaptacji (przystosowaniu), nazywamy mutacją. I jeśli dany gatunek w toku nabywania takich mutacji dostosowywał się do środowiska, był ocalony. Inne – musiały zejść z areny życia.

Poszukiwanie nowej metodologii

Rozproszenie wiedzy, umiejętności i doświadczenia w coraz węższych specjalizacjach poczęło oddalać nam wiedzę i prawdę o świecie jako o całości. Nie wynika stąd wniosek, że specjalizacje same w sobie są złe czy niepożądane – wprost przeciwnie – są obiektywnie konieczne. Ale skoro tak, to musimy nauczyć się posługiwać specjalnościami. A ponieważ nie jest możliwe proste, linearne sumowanie wiedzy tych specjalności, zwłaszcza jeśli jest ono wykonywane przez jednostki czy nawet ich sztaby, konieczne jest przyjęcie innej metodologii – systemowej, wynikającej z filozofii systemowej. Nie powstała ona jako prosty sprzeciw wobec metodologii kartezjańsko-mechanistycznej i neopozytywistycznej. Zrodziła ją obiektywna konieczność sprawnego posługiwania się interdyscyplinarnością. Jej powstanie, zdaniem piszących te słowa, jest przełomowe. Okazuje się bowiem, że właściwa specjalizacjom metodologia neopozytywistyczna stała się groźna dla samych posługujących się nią specjalności (na aktualnym etapie rozwoju), czyniąc je, mamy tu na myśli głównie medycynę, de facto bezsilnymi w praktyce leczenia, która widzi chory narząd, a nie widzi człowieka, będącego jednością i całością.

Od zarania dziejów ludzkość chroni swą homeostazę

Nauka – podzielona specjalnościami na wzajemnie nieprzenikalne cząstki – aby mogła realnie pomóc ludziom w dziele ocalenia, by rozwiązać ogromne problemy związane z demografią, wyżywieniem, potrzebami energetycznymi, kryzysem ekologicznym i zagrożeniem zdrowia, musi dopracować się nie tylko wspólnego mianownika etycznego, lecz także dojrzewać na płaszczyźnie metodologicznej. Dominująca w naszych czasach pragmatyka redukcjonistyczna dostarcza nam imponującej niekiedy wiedzy cząstkowej, z której jednak nie potrafimy wznosić spójnych, syntetycznych budowli. Jest to impas, z którego – aby ocaleć – musimy wybrnąć.

Zagrożenia naturalne i pochodne cz. II

Wzrost demograficzny automatycznie zwiększa liczbę ludzi głodnych, niedożywionych i umierających z głodu. Z kolei – gdzie indziej – tworzy się rozszerzający coraz bardziej rynek konsumpcyjny, na którym prawa zwiększonego popytu śrubują zwiększoną podaż, czyli produkcję, a co za tym idzie – zwiększają ilość „metabolitów” przemysłowych. Te z kolei niszczą biosferę, zmniejszają jej produktywność i uderzają w zdrowie ludzi. Potrzeba zwiększania produkcji żywności pociąga za sobą konieczność zwiększonej eksploatacji gleb, konieczność zwiększania ilości nawozów sztucznych (czyli dalszego rozwoju ich produkcji przez przemysł chemiczny szkodliwy dla środowiska), co z kolei degraduje, „męczy” i wręcz, ostatecznie, niszczy glebę – ten ogromny majątek przyrodniczy, będący owocem pracy wielu pokoleń naszych przodków. Co prawda w innym kontekście, ale E. J. Osmańczyk zaliczył do zbrodni wobec ludzkości oprócz ludobójstwa, także zbrodnię ziemiobójstwa (J. Osmańczyk „Polski my naród, polski lud!”, „Trybuna Opolska”, 1985.01.25 nr 21 – wystąpienie z okazji 40-lecia powrotu Ziem Zachodnich i Północnych do Polski).

Magnetosfera – dalszy opis

Istnienie ziemskiego pola magnetycznego miało doniosły wpływ na ewolucję życia, albowiem od stanu tego pola zależy stopień napromieniowania Ziemi. Dowiedziono metodą paleomagentyzmu {„magnetyzmu kopalnego”, czyli istniejącego w dawnych epokach geologicznych), że w historii Ziemi nie tylko zmieniało się usytuowanie biegunów magnetycznych, lecz także, iż bieguny te niejednokrotnie „zamieniały się miejscami”, to znaczy biegun magnetyczny północny stawał się południowym i odwrotnie, co poprzedzały – najprawdopodobniej – okresy całkowitego zaniku pola magnetycznego. Wówczas to intensywność promieniowania dobiegającego z kosmosu poważnie wzrastała. Wskutek tego następowało również wzmożone, wtórne, promieniowanie „tła” (naturalnego promieniowania Ziemi), a to z kolei musiało wywierać przez tzw. mutację (czyli „odchylenia”) ważny wpływ na genetykę żywych organizmów. Przypuszcza się, że właśnie te wahania pola magnetycznego były pośrednio istotnym motorem ewolucji.

Magnetosfera

Promieniowanie korpuskularne Słońca, które chroni przed zgubnym promieniowaniem kosmicznym, samo jest zarazem niebezpieczne dla życia, choć w mniejszym już stopniu. Ochrony przed „wiatrem słonecznym” dostarcza naszej planecie jej pole magnetyczne, zwane także magnetosferą. Zależnie od stanu aktywności Słońca magnetosfera po stronie Ziemi zwróconej ku Słońcu waha się w granicach 50-80 tys. km, a więc jest strukturą niejako „drgającą”: przy największej aktywności Słońca energia plazmy słonecznej „odpycha” magnetosferę, przy aktywności mniejszej – magnetosfera sięga dalej. Po stronie Ziemi odwróconej od Słońca magnetosfera jest jakby „odwiewana” w przestrzeń na odległość ponad milion kilometrów. To elastyczne reagowanie magnetosfery skutecznie zapobiega przedostawaniu się cząstek wiatru słonecznego na powierzchnię Ziemi. Mimo to, określonej ilości tych cząstek udaje się przedostać przez tę barierę. Ale zagęszczające się linie sił pola magnetycznego Ziemi tworzą nową „pułapkę”. Są to tzw. pasy van Allena – jeden na wysokości 20 tys. km, drugi na wys. 6000 km, gdzie cząstki wiatru słonecznego krążą po spiralnych orbitach między biegunami magnetycznymi Ziemi (Ditfurth, 1976: świdziński, 1977).