Historia o drzewie

Niedaleko od wioski, w której mieszkali moi pradziadkowie i dziadkowie, żyła pewna kobieta, która zajmowała się, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, pracą z energiami. Wtedy ludzie na Polesiu nazywali taką osobę „szeptuchą”, ponieważ leczyła ona ziołami oraz szeptanymi po cichu modlitwami… a może zaklęciami? Pewnego razu zdarzył się niebezpieczny wypadek – naszego sąsiada bardzo mocno poturbował rozjuszony buhaj. Choć na początku lat sześćdziesiątych opieka medyczna nie była tak rozpowszechniona jak teraz, zrozpaczona rodzina zawiozła nieszczęśnika do szpitala oddalonego o 25 kilometrów. Tam jednak powiedziano, że nie można poszkodowanemu pomóc, a lepiej będzie mu umierać w domu. Przywieziono więc z powrotem chorego, a cała peregrynacja odbywała się wozem zaprzężonym w dwa konie, tak więc trwało to kilka dobrych godzin. Dzieci i żona sąsiada oraz jego starzy rodzice pogodzili się z sytuacją, a sam chory szykował się na śmierć. Zapalono gromnicę, odmawiano modły, mijała godzina za godziną, ale chory żył. Rankiem następnego dnia jego stan nie uległ zmianie. Ktoś z sąsiadów poszedł po rozum do głowy i powiedział:

– Lekarze wiedzą swoje, ale skoro Paweł jeszcze żyje, może mu co innego pomoże niż doktory. Poślijcie po starą Paraskę, może ona zamówi chorobę i coś zaradzi.

Zaprzężono konie do wozu i najstarszy syn chorego pojechał do sąsiedniej wsi, gdzie żyła owa Paraska „szeptucha”. Po paru godzinach byli z powrotem. Znachorka przyszła, obejrzała chorego, obmacała go, zajrzała w oczy koncentrując się na źrenicach i w końcu powiedziała:

– Żyw będzie.

Historia o drzewie – dalszy opis

Po czym wygoniła wszystkich z izby, czymś okadzała chorego. Następnie posmarowała mu jakimś tłustym płynem czoło, okolice serca i splotu słonecznego. Potem zawołała rodzinę i kazała im zorganizować taką deskę sosnową, na której chory mógłby leżeć. Chwilę trwało poszukiwanie odpowiedniej deski, jeszcze dłużej upewnianie się, że jest ona sosnowa, gdyż znachorka bardzo na to nalegała, a kiedy była już tego pewna, przy pomocy dwóch mężczyzn ostrożnie przeniosła mężczyznę na nowe posłanie, które wyglądało następująco: proste łóżko, na które położono sosnową deskę, a na nią lniane prześcieradło. Znachorka zakazała kłaść jakiekolwiek materace czy koce. Zabroniła położyć nawet poduszkę pod głowę. Następnie poszła do lasu i wróciła z naręczem dębowych gałązek i liści. Rozłożyła je na całym ciele chorego, po czym przykryła go baranicą i kazała napalić w piecu, choć było upalne lato. Po 2 godzinach zdjęła baranicę, obmyła chorego źródlaną wodą i dała mu do picia jakiś wywar. Na koniec wydała dyspozycje co do dalszej pielęgnacji rannego, kładąc szczególny nacisk na to, by przez cały czas rekonwalescencji leżał on na sosnowej desce i zaleciła podawanie choremu naparu z dębowych liści zmieszanych pół na pół z pokrzywą. Po tygodniu chory samodzielnie siadał, a po dwóch wrócił do zwyczajowych gospodarskich czynności.

Inna historia przydarzyła się mi osobiście. Każdy, kto je miał, wie jak uciążliwe są kurzajki. Ich nieszczęśliwą posiadaczką stałam się w wieku pięciu lat również ja. Moja prababcia znała wspaniałą receptę zielarską na ich pozbycie się. Przyrządziła odpowiedni specyfik, odczekała do pełni Księżyca i przez 3 dni smarowała nim moje ręce. Najgorsze w tym wszystkim było to, że kazała mi chodzić w rękawiczkach, choć było bardzo ciepło, jak na lipiec przystało. Dało to jednak wspaniałe rezultaty – wszystkie kurzajki zniknęły oprócz jednej. Na kciuku prawej ręki, dokładnie na pierwszym stawie pozostała jedna – ogromny, dorodny okaz. Prababcia powiedziała, że czasami tak się zdarza, ponieważ jest to „kurzajka-matka”, najsilniejsza, a także najgłębiej ukorzeniona ze wszystkich. Pocieszyła mnie, że przy następnej kuracji ją także usunie, ale z całą procedurą należy poczekać do kolejnej pełni Księżyca. Zabroniła mi jej dotykać, drapać i cokolwiek koło niej robić. Niestety, nie należałam do naj- posłuszniejszych dzieci, a miejsce umiejscowienia tej wstrętnej narośli wręcz zachęcało, żeby ją podważać i odrywać od palca. Krok po kroku udało mi się to zrobić. Dziś sama się zastanawiam, czy wszystkie dzieci są tak wytrzymałe na ból jak ja. Gdyby teraz ktoś kazał mi coś takiego zrobić, na pewno nawet bym nie próbowała – żywcem oderwać sobie kawałek ciała!

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>